Makieta bitwy pod Waterloo i wyjście z depresji
Bogdan, mój serdeczny kolega, w wieku 43 lat w konsekwencji poważnej choroby popadł w depresję. Nie był w stanie wstać rano z łóżka, myć się, nie mówiąc o zakupach, sprzątaniu czy chodzeniu do pracy. Nasze rozmowy kończył zdaniem: „Nic mnie nie interesuje, na nic nie mam siły”. Pewnego dnia uświadomił sobie, że ma dwa wyjścia: wychodzi z depresji poprzez terapię i leki albo znajdzie na to inny sposób…
Bogdan, który jest socjologiem, postanowił, że zajmie się czymś, co wypełni mu czas, i będzie robił to systematycznie. Wpadł na pomysł, że będzie kupował plastikowe figurki żołnierzyków, malował je i ułoży z nich makietę bitwy pod Waterloo. Celem było wyjście z depresji.
Umówił się sam ze sobą, że codziennie o godzinie 9 usiądzie przy stole, weźmie żołnierzyka i przez 3, 4 godziny będzie malował – buty, mundur, twarz. Pod szkłem powiększającym, bo ważne są detale, a ich malowanie wymaga precyzji. Zajęcie to wciągnęło go na dobre. Malował i ustawiał, dzień po dniu, aż miał gotowych 1750 żołnierzyków. Praca ta zajęła mu półtora roku. Makiety nie skończył – przerwał malowanie, gdy poczuł się zdrowy.
Bogdan z racji wykształcenia znał różne definicje i podejścia do pracy, w tym społeczne, mówiące o „nastawieniu autotelicznym” – co z greki oznacza autos „sam” i telos „cel” – gdzie praca jest postrzegana jako wartość, a cel sam w sobie to źródło rozwoju osobistego, służy wartościom wyższym i jest sposobem życia.
Utrata pracy źródłem choroby
Praca ma działanie lecznicze. Jej utrata niezależnie od tego, ile ma się lat, jest jednym z najbardziej stresogennych przeżyć. Długotrwały brak pracy może doprowadzić do choroby, w tym do depresji.
Osoby długotrwale bezrobotne potrzebują aktywności i specjalistycznej pomocy, również terapeutycznej. Dobrą praktyką stosowaną w poradnictwie i doradztwie zawodowym jest udział w spotkaniach „klubów pracy”, a jednym z ćwiczeń – „ja szukam pracy dla ciebie, a ty szukasz pracy dla mnie”. Pomaganie innym okazuje się prostsze niż samemu sobie. Zajmowanie się problemami innych – bezpieczniejsze, twórcze i kreatywne.
Osoba chora, jeżeli nie ma ograniczeń intelektualnych czy fizycznych, które by ją zatrzymywały w tym, co ma wykonywać, może pracować. Człowiek sparaliżowany nie będzie pracować w hucie, ale może czytać bajki dzieciom. Praca w sensie działania pozwala oderwać świadomość od tego, że „jestem w ciężkiej sytuacji życiowej”, że „życie mnie zaskoczyło czymś, co mnie przerasta – obcięło mi ręce, jestem sparaliżowany, miałem wylew, zachorowałem na nieuleczalną chorobę”. Problem jutro nie zniknie, a im bardziej o nim myślę, tym jest mi trudniej.
Zdystansować się od takiego myślenia mogę poprzez robienie czegoś innego. Choćby, jak Bogdan, malując żołnierzyki. Ktoś mógłby powiedzieć: co za dziwaczny pomysł. A jednak lepiej malować żołnierzyki, zamiast leżeć w łóżku, patrzeć w sufit i myśleć, jak jest źle.
Znam starszą panią, która, aby rozruszać mięśnie i móc funkcjonować przez pozostałą część dnia, codziennie rano chodziła po schodach, klatką schodową z piątego piętra na parter i z powrotem. Nie miała możliwości innej formy rehabilitacji. To też jest przykład pracy nad sobą.
Zachowanie dystansu, przywrócenie równowagi
W relacji z chorą bliską osobą człowiek doświadcza poczucia bezsilności. Wielu ludzi, słysząc obietnicę: „Wejdź na ośmiotysięcznik lub pójdź na kolanach do Częstochowy, a bliska ci osoba wyzdrowieje”, podjęłoby się wykonania tego zadania. Jednak życie jest tak skonstruowane, że podobnego targu dokonać nie można. Uczestniczymy więc w chorobie bliskiej osoby. Dzięki pracy możemy zachować dystans, przytomność umysłu i równowagę po to, by pomóc temu choremu człowiekowi. Jeżeli będziemy we dwójkę siedzieć i się użalać, pogrążamy się wspólnie.
Wolontariat to praca na rzecz innych, z którymi nie jesteśmy emocjonalnie związani. W pracy dla ludzi, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej, możemy odnaleźć sens własnego życia. Nie mam talentu, żeby być menedżerem, sprzedawcą czy policjantem, ale może mam talent, by swoją obecnością towarzyszyć ludziom, np. w hospicjum. Praca, którą wykonuję, jest dla pacjentów ważna i terapeutyczna, bo daje im poczucie, że „kogoś obchodzą”. Natomiast z perspektywy kogoś, kto dla nich pracuje, ważne jest poczucie, że „robię coś istotnego w życiu”. Taka praca może leczyć obie strony, uczyć relacji, wartości, wnosić ogrom korzyści niemierzalnych, trudnych do zdefiniowania.
Praca daje poczucie sprawczości, wewnętrznej siły i przekonania, że każdy z nas jest piękny. Bo każdy może poprzez swoją pracę wnieść coś wartościowego w życie drugiego człowieka. Ważne, by każdy znalazł pracę na miarę swoich możliwości, talentu i potencjału, żeby był dumny z pracy, którą wykonuje. Im więcej ludzi jest dumnych i szczęśliwych z powodu tego, co robi, tym otoczenie jest bardziej szczęśliwe. Tym łatwiej jest otoczeniu radzić sobie z przeciwnościami losu – chorobą, tragedią, inwalidztwem, samotnością, ze śmiercią.
Dziadek Franciszek, człowiek starej daty, powtarzał biblijne zdanie: „Kto nie chce pracować, niech też nie je!”. Przekładało się to w domu rodzinnym mojego ojca na to, że w 1942 r. jako najstarszy z rodzeństwa, a miał wtedy siedem lat, szedł do lasu po chrust, chociaż się bał. Idąc dalej, można powiedzieć: „Jeśli nie pracujesz, nie istniejesz”.
Wysłuchała Agnieszka FedorczykUrodził się Pan w Środzie Wielkopolskiej. Studiował na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, potem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Od 2001 r. jest Pan mieszkańcem Ursynowa. Co zatrzymało Pana w Warszawie?
Miłość. Poznałem dziewczynę, która jest obecnie moją żoną. Dla niej zostałem w Warszawie.
A kiedy zrodził się w Panu pomysł zaangażowania się w życie polityczne Warszawy?
Potrzeba aktywności społecznej i tworzenia projektów drzemała we mnie od najmłodszych lat. Już w szkole podstawowej działałem w samorządzie uczniowskim, później na studiach byłem przewodniczącym Parlamentu Studenckiego na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Potem przez dwa lata (1998–1999) przewodniczyłem Parlamentowi Studentów RP. Uczestniczyłem wtedy w realizacji projektu ustawy o systemie kredytów i pożyczek studenckich. Odpowiadałem za ten projekt i prezentowałem go w Sejmie. Ustawa została uchwalona i służy studentom do dziś.
W jaki sposób został Pan burmistrzem Ursynowa?
W 2004 r. postanowiłem zaangażować się politycznie i zostałem członkiem Platformy Obywatelskiej. Działałem wtedy głównie na Pradze-Południe, ale angażowałem się również w kampanie parlamentarne oraz do europarlamentu pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. Musiałem podjąć decyzję o rezygnacji z pracy w biznesie na rzecz samorządu. I w 2010 r. zostałem zastępcą burmistrza dzielnicy Praga-Południe. Cztery lata później wystartowałem w konkursie na stanowisko burmistrza Ursynowa, wygrałem go i piastuję tę funkcję do dziś. Tutaj mieszkam, praca więc na rzecz społeczności ursynowskiej, wpływanie na najbliższe otoczenie jest dla mnie sprawą oczywistą.
Co jest dla Pana ważne w życiu. Jakim wartościom Pan hołduje?
W życiu, jak i w pracy, wyznaję zasadę „myśl globalnie, działaj lokalnie”. Dbam o wspólnotę Ursynowa, tworząc i realizując projekty, które zmieniają otoczenie na lepsze. Motorem napędowym dla moich działań jest możliwość obserwowania tego, jak za sprawą moich decyzji i pod wpływem mojego zaangażowania ta część świata, za którą odpowiadam i ją współtworzę, się zmienia. Jestem przekonany, że przemiany te idą w dobrym, oczekiwanym przez naszych mieszkańców, kierunku. Celem jest przecież zaspokojenie tak ważnych potrzeb ursynowian, jak budowa szkół, przedszkoli i żłobków czy realizowanie projektów dotyczących pomocy chorym dzieciom, rozwijanie nowych metod uczenia się.
Wspiera Pan naszą Fundację od ponad czterech lat. Nie tylko jako burmistrz Ursynowa, ale też prywatnie. Dlaczego?
Projekty, które realizujecie na rzecz pacjentów hospicjum, jak chociażby Pola Nadziei (fho.dev.viewone.pl/polanadziei) czy piknik rodzinny Odczarowanie Hospicjum są bliskie mojemu sercu, dlatego uznałem, że warto się zaangażować. Jestem dumny z tego, że Fundacja Hospicjum Onkologiczne ma swoją siedzibę na Ursynowie. Duże znaczenie ma łatwość współpracy z FHO, odnajdywanie wspólnego języka z panią prezes Dorotą Jasińską. A prywatnie co roku przekazuję i zachęcam innych do przekazywania 1 proc. podatku na rzecz FHO. Uważam, że to ważne, by nie pozostawiać urzędowi skarbowemu decyzji, co stanie się z naszymi pieniędzmi, szczególnie że dzięki nim możemy komuś pomóc.
Jaki jest Robert Kempa prywatnie?
Zmęczony… Zwłaszcza ostatnie miesiące to czas [kampania wyborcza na stanowisko burmistrza Ursynowa – red.], w którym trudno mówić o życiu prywatnym. Pracuję po 12–14 godzin dziennie od poniedziałku do piątku, a w weekendy przynajmniej jeden dzień spędzam poza domem, uczestnicząc służbowo w wydarzeniach, które odbywają się na Ursynowie. Doceniam to, że moja rodzina to akceptuje. W czasie wolnym lub podczas wakacji, zawsze mam pod ręką książkę. Uwielbiam czytać. Od beletrystyki poprzez biografie, które stały się moim ulubionym gatunkiem literackim, po Harry’ego Pottera. To moja ulubiona seria i raczej się to nie zmieni przez najbliższe 150 lat (śmiech).
Czyli jak książka to domator?
Zanim zacząłem pracować w samorządzie, spędzałem czas przede wszystkim z rodziną. Formy naszej aktywności zmieniały się wraz z wiekiem dziecka – gdy syn był młodszy, więcej czasu spędzaliśmy na dywanie i placu zabaw, potem na ściankach wspinaczkowych i stokach narciarskich. Z czasem to się skończyło. Któregoś dnia Kuba stwierdził, że to obciach wyjeżdżać z rodzicami (śmiech). Teraz czas wolny spędzam głównie w domu, nie szukam dodatkowych wrażeń poza nim, bo tych dostarcza mi praca.
Jakie jest Pana ulubione miejsce na świecie?
Tajlandia. Zobaczyłem ją po raz pierwszy dwa lata temu i zakochałem się. Chciałbym to miejsce odwiedzić ponownie. Z sentymentem wspominam wyjazdy na wieś do babci, gdy byłem dzieckiem. Do dziś, kiedy odwiedzam jej dom, robi mi się ciepło w sercu. Z jednej strony wydaje mi się, że mógłbym mieszkać wszędzie na świecie, bo najważniejsi są ludzie, którzy te miejsca tworzą. Z drugiej, gdy wyjeżdżam poza Warszawę, np. w góry, to dopiero, kiedy wracam i widzę tabliczkę z napisem Ursynów, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Tutaj zaczynam czuć się jak w domu.
Kim chciał Pan zostać, gdy był Pan dzieckiem?
Nauczycielem, chociaż żadnych talentów w tym kierunku nie przejawiałem. Gdy pomagałem młodszym braciom w lekcjach, wolałem za nich odrobić pracę domową, niż tłumaczyć. Nauczycieli podziwiam właśnie za umiejętność tłumaczenia zjawisk, które zachodzą w otaczającym nas świecie. Ale przede wszystkim za cierpliwość.
Jest Pan aktorem i reżyserem. Która z ról jest Panu bliższa?
W czasach, gdy Szekspir pisał i wystawiał swoje sztuki na przełomie XVI i XVII wieku, nie było funkcji reżysera. Spektakl był improwizowany. Z czasem inscenizacje zaczęły się rozwijać, układy sceniczne stawały się coraz bogatsze, wtedy się okazało, że jest potrzebna osoba, która ogarnie całość. Wybierano do tego zadania jednego z aktorów grających w przedstawieniu. Nazwano go reżyserem od angielskiego „direct”, czyli kierować czymś, zarządzić, wskazywać drogę, instruować. Tak powstała funkcja reżysera, osoby, która daje wskazówki. Zawód reżysera wywodzi się w prostej linii z zawodu aktora. Dzisiaj mamy odrębne studia aktorskie i reżyserskie. Uważam, że aktorzy (nie wszyscy) potrafią być bardzo dobrymi reżyserami. Reżyser, który sam jest aktorem, potrafi lepiej zrozumieć ograniczenia i możliwości aktora. Podobnie jak trener piłkarski, który wcześniej był piłkarzem, jest na ogół lepszym trenerem niż ten, który nie biegał po boisku. Reżyser aktor rozumie proces twórczy poparty doświadczeniem na własnej skórze. Uwielbiam grać na scenie, a kiedy sam reżyseruję, rzadko wprowadzam siebie do obsady. Wspaniale, że mogę łączyć obie funkcje. To mnie wzbogaca, jest dla mnie twórcze.
Co daje Panu bliski kontakt z drugim człowiekiem – na scenie i w relacji z widownią?
Radość tworzenia i obcowania z drugą osobą. To, co dzieje się między dwojgiem ludzi na scenie, emocje, które iskrzą między nimi – to podstawowa magia teatru. Jeśli ktoś nie jest wrażliwy na partnera na scenie, nie będzie dobrym aktorem teatralnym. W teatrze magia, która wynika z kontaktu bezpośredniego z innymi aktorami i z widownią, jest sednem tej formy sztuki.
Gdzie jest granica, po której przekroczeniu sztuka zaczyna być produktem o określonej cenie?
Nie zależy to od liczby sprzedanych biletów. Na koncert noworoczny w wykonaniu orkiestry Opery Wiedeńskiej bilety sprzedają się z trzyletnim wyprzedzeniem i nikt nie twierdzi, że jest to komercja. Jeśli robi się coś tylko dla efektu, dla pieniędzy, wtedy możemy powiedzieć, że granice sztuki zostały przekroczone. W takim wypadku nie mamy ze sztuką do czynienia. W naszym teatrze istotna jest prawda. To nie musi być prawda obiektywna. Chodzi o wiarygodność postaci i zdarzeń, które mają miejsce na scenie. Sięgamy po sztuki z gatunku pure nonsensu – Monty Python jest tego najlepszym przykładem – w których typowe są sytuacje nierzeczywiste, a jednak jest w nich jakaś abstrakcyjna, absurdalna prawda. Chodzi o granicę między bohaterem, który oszalał, a aktorem, który się wygłupia. Środki wyrazu mogą być podobne, ale tylko jedna z postaci nas porywa, a druga nie.
Jak rozumie Pan uczciwość w graniu?
W branżowym żargonie mówimy o graniu grubym lub szlachetnym. Grać grubo, to pokazywać stany, zamiast je przeżywać. Grube granie jest wtedy, kiedy aktor nie ma dość energii, by wzbudzić w sobie prawdziwe emocje, a tylko je pokazuje, wykorzystując czystą technikę. To nie jest rzetelne wykonywanie naszego fachu. Można coś przeżywać, a można po prostu krzyczeć, są to dwie różne rzeczy. Upraszczając, jeśli aktor schodzi ze sceny i nie jest spocony, to znaczy, że zagrał słabo. To emocje powodują zmęczenie, a nie „fikołki”, które na niej wykonuje. Emocje są związane z napinaniem przepony, jednego z najpotężniejszych mięśni naszego ciała, niezbędnego do śpiewania i gry scenicznej. Praca przeponą wymaga dużo energii. I żeby grać na pewnym poziomie emocjonalnym, to trzeba po prostu fizycznie zużyć dużo energii.
Spektakle grane w Pana teatrze są chętnie oglądane. Jaką rolę spełnia sztuka w Kwadracie?
Chcemy przede wszystkim bawić. Głównie dlatego, że śmiech i radość życia je są czymś, czego w ostatnich czasach wszystkim nam brakuje. Im więcej na ustach uśmiechu, tym większe są szanse, że nie będziemy się wzajemnie krzywdzić. Ponadto misja, którą jako teatr spełniamy w porozumieniu z naszym mecenasem, Urzędem Miasta Stołecznego Warszawy, polega na tym, żeby przybliżać teatr ludziom, którzy nie mieli z nim do tej pory wielu doświadczeń. Pierwszy kontakt z teatrem podczas oglądania drugiej część „Dziadów” albo dramatu Strindberga, mógłby zniechęcić. Oswojony teatralnie widz, z czasem zacznie wybierać inne gatunki i poszerzać swój repertuar. Naszą rolą jest zachęcać, nie stawiając zbyt wysoko poprzeczki. Kiedy widz zobaczy i przyzwyczai się do tego, że można w tak znakomity sposób spędzać czas, to będzie wybierał także inne gatunki. Rozbudzać zainteresowanie teatrem – to jest nasze główne zadanie. W naszym repertuarze prezentujemy treści wartościowe, uniwersalne, jak miłość i dobro. Mamy aktualnie w repertuarze spektakl „Przyjazne dusze”, bardzo piękną i wzruszającą sztukę o poszukiwaniu miłości i wspieraniu dobrych uczuć. Grywamy też przedstawienia czysto rozrywkowe. Uważam, że przy uczciwej pracy aktorskiej i dobrej realizacji, są one wartościowe, mimo że głębokiego przesłania ze sobą nie niosą. Mają wywołać uśmiech i być dobrą rozrywką na poziomie.
Dobra rozrywka dostarcza uśmiechu i radości. W życiu są chwile dobre, ale są też doświadczenia trudne, tragiczne czasem. Co powoduje, że człowiek znajduje w sobie siłę, by je przejść, przeżyć, nie poddać się, pójść dalej?
Miewałem w życiu momenty bardzo trudne, wręcz dramatyczne. Jestem z natury człowiekiem zadaniowym i zauważyłem, że w momentach dramatycznych najważniejsze jest przeżywanie każdego kolejnego dnia. Posuwanie się naprzód małymi krokami. Robienie najprostszych czynności – wstać rano, umyć zęby, ubrać się, zająć pracą – rzeczy, które ludziom w traumie wydają się ogromnym wyzwaniem. W trudnych sytuacjach nie należy skupiać się na szerokiej perspektywie, tylko na realizowaniu malutkich zadań. Krok po kroku. W moim przypadku to zadziałało. Zasada sprawdza się również przy realizowaniu dużych wyzwań życiowych. Pomaga mierzyć się z rzeczami dużymi. Nie patrz na całokształt trudnego zadania, bo powiesz „nie jestem w stanie tego zrobić”. Patrz na pojedyncze elementy, pomyśl „kogo mogę zatrudnić do pomocy, poprosić o współpracę, jak podzielić etapy zadania i rozłożyć je w czasie”. Jak to sobie rozłożymy na elementy, zobaczymy, że klocki układają się w całość, i okazuje się, że damy radę.
Czy sztuka może być elementem wspierającym? Po co człowiekowi sztuka?
Człowiek jest istotą emocjonalną i potrzebuje bodźców, żeby wzbudzić u siebie pozytywne emocje. Potrzebujemy pozytywnych emocji, które dostarczają naszemu mózgowi dopaminy – hormonu szczęścia. Bez tego człowiek obumiera. Jestem przekonany, że sztuka jest jednym z najsilniejszych i najlepszych sposobów, żeby wzbudzać pozytywne emocje. Opowieści pokazywane ruchem ciała, tańce przy ognisku towarzyszą człowiekowi z czasów, zanim rozwinął mowę. Dzięki sztuce jesteśmy czasem radośniejsi i szczęśliwsi, gdy wzbudza w nas śmiech, albo smutniejsi, bo nostalgia też jest emocją wzbudzoną poprzez sztukę. Do teatru można, a nawet trzeba chodzić terapeutycznie.
Co w życiu jest ważne?
Nie powiem nic odkrywczego: miłość i rodzina. Dodajmy do tego radość z pracy i poczucie spełnienia w relacjach z innymi, a otrzymamy stan, który można nazwać szczęściem. Jest też sfera realizacyjna, czyli to, co po nas pozostanie. Są osoby, które mają potrzebę, żeby coś po sobie zostawić. Dla mnie nie jest to najważniejsze. Skupiam się na tu i teraz. Ważne jest także to, by czuć się potrzebnym. Kiedy sprawiasz, że czas drugiej osoby dzięki tobie jest lepszy, to jest to uczucie niezwykłe. Doświadczyłem tego, będąc wolontariuszem w szpitalu dziecięcym na oddziale onkologicznym. Człowiek daje i od razu dostaje coś w zamian, czasem więcej niż sam da.
Współczesna młodzież żyje w telefonie – w komórce mają filmy, encyklopedię, kulturę i sztukę. A jednak koncerty, spektakle teatralne i kino wciąż żyją i są potrzebne. Dlaczego?
Niczym nie da się zastąpić bezpośredniego przekazu i bezpośredniego obcowania z ludźmi, wspólnego przeżywania sztuki. To dają teatr, koncert, kino, które angażują większą liczbę zmysłów. Dochodzi do tego element współuczestnictwa, bo na widowni jesteśmy w grupie. Obok są ludzie, którzy przeżywają podobne emocje w tym samym momencie. Sięgając po komórkę i dostępne w niej „dobra”, jesteśmy sami. W grupie jest lepiej śmiać się i płakać. Bycie samotnym jest smutne.
Co jest źródłem pasji? Dlaczego współcześni młodzi ludzie tak często są zmęczeni, zblazowani i brak im pasji?
Mamy za mało braków. Mało potrzeb, które nie są spełnione. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Nie ma przeciwko czemu się buntować. Jesteśmy „upupieni”, jak mawiał Gombrowicz. Zarzuceni konsumpcjonizmem. Nasze potrzeby sprowadzają się do posiadania rozmaitych dóbr materialnych bądź niematerialnych. Kiedyś człowiek musiał się zmobilizować, żeby pójść do kina, a dzisiaj ma Netflixa i leży w łóżku. Im trudniej jest żyć, tym więcej jest ambicji, poświęcenia, wytrwałości. A im jest łatwiej, tym o tego typu emocje jest trudniej. Coś co do niedawna było dla nas „darem z nieba”, staje się czymś normalnym. A skoro staje się czymś normalnym, to wymagamy czegoś więcej. Człowiek bez przerwy czegoś oczekuje.
Co możemy robić, żeby świat był lepszy?
„Zło dobrem zwyciężaj”, „Pracuj uczciwie” – tych dwóch zdań nie można rozdzielać. Praca ma być nie tylko sposobem zdobywania pieniędzy czy zaszczytów. Ma służyć do realizowania swoich potrzeb, a potrzebą człowieka powinno być tworzenie dobra. I tu koło się zamyka.
____
Pobierz HOSPIKA i dowiedz się więcej o naszej Fundacji:)