Strażnik Wielkiej Pieczęci

28.03.2020

O swojej drodze do hospicjum, pobycie i pogodzeniu z nieuniknionym w rozmowie z Izabelą Sałamachą opowiada Bogdan Słowikowski, pacjent hospicjum stacjonarnego FHO. 

Jak się dzisiaj czujesz?

W hospicjum czuję się bardzo dobrze. A dziś czuję się całkiem nieźle, ponieważ ból jest znacznie mniejszy niż przez ostatnie kilka dni. A to jest dla mnie najważniejsze. Ból jest związany z chorobą nowotworową.

 

Co było przyczyną wystąpienia tego nowotworu?

Tego nikt nie wie. Diagnoza była zupełnie inna, dowiedziałem się, że moje prawe biodro wymaga wymiany na tzw. ekobiodro. Miałem już nawet wyznaczony termin operacji, ale wcześniej dostałem niezwykle silnych bóli. Zgłosiłem się do lekarza, który w trybie natychmiastowym skierował mnie do szpitala. Tam przeprowadzono badania pod kątem nowotworu i wynik był pozytywny. Absolutnie się tego nie spodziewałam – leczyłem się w kierunku wymiany biodra i myślałem, że to jest jedyną przyczyną bólu. Ten rodzaj nowotworu jest bardzo trudny do zdiagnozowania.

 

Dostałeś propozycję leczenia?

Nie. W moim przypadku pozostawała jedynie amputacja nogi. Konsylium lekarskie w Instytucie Onkologii odradzało mi taki wybór. Po pierwsze, ze względu na zagrożenie życia wynikające z operacji, a po drugie, jej skutki – pozbawienie mnie dużej części ciała mogłoby całkowicie uniemożliwić mi funkcjonowanie. Przywołując znane powiedzenie, skórka nie była warta wyprawki.

 

Bóle i choroba od razu położyły Cię do łóżka?

Przez pierwsze kilka dni mogłem jako tako funkcjonować, np. chodzić o kulach z pokoju do łazienki, ewentualnie do windy. Ale po krótkim czasie okazało się, że mam problemy z siadaniem i wstawaniem. Bóle były na tyle silne, że nawet kierowca taksówki, którą podróżowałem, zatrzymywał się na środku drogi, by umożliwić mi zmianę pozycji na stojącą, by oprzeć się o samochód.

 

Teraz tego bólu nie ma?

Teraz jest stłumiony, bo zwalczany przez lekarstwa. Zostałem położony w szpitalu na oddziale medycyny paliatywnej, czyli walki z bólem. Tam wypróbowano, które lekarstwa należy mi dawać i jak je dozować, żebym mógł przetrzymać ataki bólu.

 

A kiedy trafiłeś tutaj?

W maju 2019 roku. Otrzymałem zaświadczenie o całkowitej niepełnosprawności i zostałem „przykuty” do łóżka. Tak jest do dzisiaj.

 

A miałeś wpływ na decyzję o wyborze tego hospicjum?

Formalności załatwili pracownicy kliniki onkologicznej. Wcześniej nie wiedziałem o tym miejscu. Jestem z Warszawy, znałem tutejsze szpitale, ale nie hospicja. To jest charakterystyczne, że mało znana jest tematyka hospicjów. Człowiek się tym nie interesuje, dopóki nie zmusi go tego własna sytuacja albo kogoś z rodziny.

 

A ja Ci jest tutaj? Jak oceniasz spędzony czas? Czego się spodziewałeś, a co zastałeś?

Z perspektywy czasu oceniam bardzo dobrze. Gdy dowiedziałem się, że trafię do hospicjum, sięgnąłem po smartfona, by znaleźć o nim informacje. Dowiedziałem się, że nie tylko ma ono ugruntowaną wieloletnią pozycję, ale też specjalizuje się w leczeniu bólu u pacjentów onkologicznych. A ten ból potrafi być straszny, niespotykany w innych chorobach… Dlatego było to dla mnie bardzo ważne. Zanim tu trafiłem, przez miesiąc leżałam na oddziale medycyny paliatywnej w warszawskim Centrum Onkologii. Lekarze dobrali mi rodzaj i sposób dawkowania leków. Jednak w czasie tych prób doznawałem silnego bólu. Zdarzało się, że dane lekarstwo działało z opóźnieniem lub zbyt słabo pomagało. Dlatego bardzo zależało mi, żeby być pod opieką lekarzy i personelu, którzy będą wiedzieć, jak walczyć z bólem nowotworowym. To mnie uspokoiło. To, że hospicjum prowadzi szeroką działalność w kierunku pozyskania darczyńców, też było dla mnie istotne.

 

W trakcie naszego spotkania odwiedza Cię już druga osoba. Gdy poznaliśmy się podczas Wigilii w FHO, też była kolejka do Ciebie do rozmowy. Jak się czujesz, mając obok tak wielu przychylnych ludzi?

Doceniam to. Pamiętam z czasów szkolnych powiedzenie: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” i tak właśnie jest! Jest mi niezmiernie miło, że przyjaciele, których znam od kilkudziesięciu lat, pojawiają się u mnie w hospicjum.

 

Kim oni dla Ciebie są?

Część z nich to przyjaciele z czasów studiów, druga grupa to znajomi z pracy.

 

Widzę, że korzystasz z tabletu, czyli jesteś bardzo sprawny w kwestiach technicznych.

Tak, to jest moje hobby. Gdy jeszcze pracowałem, dyrektor mojego departamentu powiedział do mnie: „Boguś, dla mnie możesz nie pracować, ale ważne, żeby te młodziaki widziały, jak pracujesz przy komputerze”.
Dlatego dobrze dogadywałem się tutaj z kolegą z pokoju, profesorem z Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, który obecnie znajduje się pod opieką hospicjum domowego. Jest fachowcem, jeśli chodzi o sprawy komputerowe.

 

No właśnie, czy w hospicjum jest miejsce na koleżeństwo, przyjaźń?

Tak. I są tego konkretne przejawy. Dzisiaj rano, kiedy moja pani doktor miała obchód, dowiedziałem się, że otrzymała sześć esemesów od profesora Akademii Technik Komputerowych z pozdrowieniami dla mnie i informacją, że chciałby podtrzymać ze mną kontakt. Napisał do pani doktor, bo przez ostatnie cztery dni miałem tak silne bóle, że nie byłem w stanie sprawdzić swojej skrzynki mailowej. Dzięki temu, że lekarze i pielęgniarki stale nade mną czuwają, dziś czuje się lepiej. Wprowadzili korektę do mojego leczenia przeciwbólowego i udało się, jest późne popołudnie i nadal nie atakuje ból. Jestem bardzo zadowolony i szczęśliwy. Szczególnie że ten ból potrafi wysunąć się na pierwszy plan i bardzo zdominować pacjenta, narzucić bieg życia. Wcześniej wydawało mi się, że organizm pacjenta może wyniszczyć tylko choroba. Dopiero w klinice onkologicznej dowiedziałem się, że to ból wyniszcza człowieka i jest traktowany jako choroba.

 

To musi być trudne, radzić sobie z bólem, a jednocześnie starać się normalnie funkcjonować.

Nie chcę odgrywać roli superbohatera, ból ostatnio przysłonił mi uczucia. Cierpię bardziej niż wcześniej, ale to cierpienie chyba nie zmieniło całkowicie mojego nastawienia. Na pewno jestem pogodzony z tym, co mnie czeka. Staram się o tym nie myśleć i prowadzić normalne życie człowieka, który leży, jest przykuty do łóżka.

 

Czyli starasz się czerpać z każdej chwili.

Tak. Cieszą mnie odwiedziny przyjaciół, kolegów z pracy, transmisje sportowe i innych programy w telewizji, które oglądam z kolegami z pokoju. W tej chwili mogę czytać teksty elektronicznie, przeglądam gazety. Najłatwiej przychodzi mi przejrzeć „Przegląd Sportowy”. Wcześniej były też inne tytuły, ale teraz nie mogę się już tak skoncentrować.

 

Czym się interesujesz?

Mam bardzo specyficzne upodobania, które umieściłem w swoim CV, kiedy występowałem o pracę w bankowości, i wiem, że to bardzo zaskoczyło moich pracodawców, bo w rubryce „hobby” napisałem: „zawodowy tenis kobiet”. Do końca nauki w liceum trenowałem wyczynowo tenis w warszawskiej Legii. To świetny klub, który wyszkolił mistrzynię Wimbledonu juniorów Igę Świątek. Ale mecze oglądam na przepięknym telewizorze w hospicjum (uruchamia telewizor). Muszę się pochwalić, bo jestem z tego dumny. Gdy zostałem przywieziony karetką pogotowia do hospicjum i ułożono mnie w łóżku, wszedł pan doktor i powiedział, że jestem odpowiedzialny za pilota od telewizora, a wszyscy zaczęli o mnie mówić, że jestem Strażnikiem Wielkiej Pieczęci (śmiech). Jestem nim już ponad siedem miesięcy i nie było ani jednej skargi. A to duża odpowiedzialność: wybieram dla swoich kolegów w pokoju programy telewizyjne. Najpierw musiałem przeprowadzić z nimi wywiady na temat ich upodobań. Nikomu nie włączyłem programu bez upewnienia się, że dany program mu się podoba. A jeśli nigdy wcześniej go nie widział, ryzykowałem, kierując się swoim gustem. Miałem wielkie szczęście – zero reklamacji. Taka skromna funkcja lokalna, bo u nas w hospicjum, ale coś w tym jest. I co ważne, ten pilot nie zginął. Mam go w szufladzie, ale kiedy włączam telewizor, pilot zawsze leży na mojej szafce, gdybym zasnął…

 

A jakie jeszcze macie tutaj przyjemności?

Wydarzenia w świetlicy, np. koncert Alicji Majewskiej i Włodzimierza Korcza, zorganizowany przez Rinkego (autora reportażu o FHO). Leżeliśmy w pierwszym rzędzie! To wielka rzadkość, nie wiem, gdzie można jeszcze mieć takie miejsce, że widz leży w pierwszym rzędzie. Widziałam, że koleżanki z innych sal były umalowane, a dla występujących był wielki aplauz. Udało nam się nawet zdobyć kilka autografów! Bywają też lody i gazety. Od Rinkego, który był tu dziewięć razy (pan Bogdan skrupulatnie liczy każde odwiedziny) od nakręcenia filmu, dostałem też elektryczną maszynkę do golenia. Golą mnie panie pielęgniarki albo wolontariusze. Ci ostatni zgotowali nam piękny koncert kolęd. Od 16 lat regularnie pojawiają się u nas w hospicjum w tym samym mniej więcej składzie. Był też św. Mikołaj! I każdy z nas dostał maskotkę – ja surykatkę.

 

Widziałam, że jesteś łasuchem…

Bardzo lubię słodkości, dlatego się cieszę, że wolontariusze serwują nam różne słodkości.

 

Odwiedza Cię rodzina?

Mam mamę, które skończyła 94 lata i regularnie odwiedzała mnie raz w tygodniu. Moja choroba zaskoczyła mnie, ale przede wszystkim moją mamę, bo dotychczas to ja się nią opiekowałem. I nagle mama została sama… To jest problem, o którym się mniej mówi. Choroba wpływa na nasze rodziny, zmienia ich życie, zwłaszcza w przypadku osób starszych, które wymagały wcześniej naszej opieki. (Przyp. red: niestety, mama p. Bogdana zmarła dwa tygodnie po naszej rozmowie).

 

Martwisz się o mamę?

Martwię się bardzo. Dowiedziałem się, że to, że się martwię, czyli stres, wpływa niekorzystnie na rozwój mojej choroby. To samo tyczy się mojej mamy – moja choroba nie wpływa na nią dobrze. Zaczęła bać się samotności w domu, obawiać się, że sobie nie poradzi, i myśleć o domu opieki dla osób starszych. Wspieram ją w każdej decyzji, jaką podejmie.

 

A jak choroba wpłynęła na Wasze relacje?

Ta choroba bardzo mnie zmieniła jako człowieka. Nie mnie to oceniać, czy na lepsze. Choroba zmienia chorego, przewartościowuje relacje ze swoimi najbliższymi, zaczyna się bardziej doceniać rodzinę, najbliższych. Rozumie się, do czego go prowadzi choroba. Człowiek staje przed czymś nieuniknionym. Dlatego chcę pokazać jak najwięcej miłości i troski. Ktoś może powiedzieć, że nadrabiam stracony czas, ale teraz jest najlepszy moment, żeby to zrobić.

 

Z czego jesteś najbardziej zadowolony?

Jestem szczęśliwy, że założyłem rodzinę. Tylko moja rodzina jest na stałe za granicą. Dlatego teraz jestem sam z mamą w Polsce. Za granicą jest córka, jedynaczka, zięć i wnuczka (na zdjęciu przy łóżku). Byli na u mnie podczas spotkania opłatkowego w hospicjum.

 

Czy jest coś, czego żałujesz?

Jestem spokojny. Relacje w naszej rodzinie były dobre.

 

Mówisz, że jesteś pogodzony z tym, co nadejdzie, ale czy boisz się śmierci?

Jestem przekonany, że mogę się bardzo bać, kiedy stanę oko w oko ze śmiercią. Bóle są zapowiedzią tego, co nieuniknione, ale jestem pewien, że otrzymam odpowiednią opiekę ze strony hospicjum i nie będę cierpieć. Niemniej jednak trudno sobie to wyobrazić… Od czasu, gdy tu trafiłem, odeszło kilkunastu innych pacjentów, także moich kolegów i to jest dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Wcześniej nie miałem do czynienia ze śmiercią. W rodzinie zmarły może dwie osoby, ale nie miałem okazji wpatrywać się w ten moment, a tutaj widziałem na własne oczy, jak zmienia się kolor twarzy, jak nagle człowiek przechodzi do tego drugiego świata.

 

Jakie masz wyobrażenie o tym momencie ze swoim udziałem?

Chciałbym, żeby ktoś trzymał mnie za rękę. Może to być ktoś z hospicjum – tutejszy personel zacząłem traktować jak rodzinę. Nawet za sprawą „rodzinnych kanapek”, które dostajemy, a które przypominają mi te, które kiedyś przygotowywała moja babcia.

 

A jak chcesz, żeby Cię zapamiętano?

Lubię dbać o swój wizerunek. Nie robię tego z wyrachowania, nie mam przemyślanej strategii PR-owej. Po prostu staram się spokojnie poddać przebiegowi wydarzeń, temu, co przyniesie los. W pracy wiedziałem, że byłem najstarszym pracownikiem zatrudnionym na pełny etat w Polsce. Z tego powodu podczas imprezy integracyjnej dyrektor zaprosił wszystkie panie do ustawienia się w kolejce do tańca ze mną. Zebrałem opinie, że nieźle tańczę.

 

Trzeba się bać tego miejsca, hospicjum?

Hospicjum w sposób godny traktuje chorego i w sposób godny ułatwia mu ewentualne odejście z tego świata. To bardzo uspokaja chorych, szczególnie na nowotwory, bo one wiążą się z okropnymi bólami, cierpieniami. A chory boi się tego, że zostanie obdarty z godności ludzkiej. Bo nie wie, jak będzie się zachowywać, czy zniesie ten ogromny ból. Hospicjum spełnia swoją rolę i nie trzeba się go bać.

Przeczytaj więcej

fot. Piotr Wroniewicz

 

Spodobał Ci się atykuł? Pobierz najnowszego Hospika i przeczytaj więcej.


Skontaktuj się z nami

Kontakt

Fundacja Hospicjum

Onkologiczne św. Krzysztofa

 

ul. Pileckiego 105,

02-781 Warszawa

Tel: +48 (22) 643 57 08

fho@fho.org.pl

 

Bank Pekao S.A.

68 1240 5963 1111 0000 4799 9077

footer_logo

Newsletter

Email:

PRZETWARZANIE DANYCH OSOBOWYCH DARCZYŃCÓW - klauzula informacyjna